Świadectwa

 

Kiedy próbuję odszukać w pamięci początek mojej historii, przypomina mi się opowiadanie, które otrzymałam w dzieciństwie od pewnej siostry zakonnej. Miało tytuł: „Bez Boga na świecie”. Czytałam je kilkadziesiąt razy. Za każdym razem koniec doprowadzał mnie do ogromnego wzruszenia. Pewien chłopiec nie znał Jezusa. W pewnym momencie jednak dotarła do niego ta Dobra Nowina. Zasłyszane o Nim słowo chłonął jak gąbka, rozważał i głęboko przeżywał w swoim sercu…
Moje życie wyglądało podobnie. Bóg nie był Kimś ważnym w mojej rodzinie, a ja poznawałam Go bardzo powoli. Słyszałam o Bogu na lekcji religii od zaprzyjaźnionych sióstr zakonnych. Potem także od mojej starszej siostry, która poznała Boga wcześniej i mnie za sobą pociągnęła. Nie była to łatwa droga, ale nie zmieniłabym niczego. Mimo zakazów rodziców, Bóg pociągał mnie coraz bardziej. W ósmej klasie już wiedziałam na jaką drogę Bóg mnie zaprasza. Trzeba było tylko odczytać zaproszenie: jak? gdzie? kiedy?
Przyjaźniłam się ze wspólnotą zakonną, która mieszkała na mojej dzielnicy. Jednak czułam, że to nie jest moje miejsce.
Niedaleko mojego domu był ośrodek dla dzieci niepełnosprawnych. Będąc harcerką lubiłam im pomagać i uczestniczyć w ich zabawach. Czułam, że ich obecność budzi jakieś niezwykłe poczucie wolności.
Wtedy też wiedziałam, że jeśli wspólnota zakonna – to na pewno i niepełnosprawni. Podzieliłam się swoimi myślami z przyjaciółką, która szybko pochwyciła moje pragnienia i zabrała mnie do Morynia – około godziny drogi od Szczecina, mojego rodzinnego miasta.
W Moryniu Siostry Benedyktynki Samarytanki prowadzą Dom dla osób niepełnosprawnych.
Dziś wiem, że ani namowy przyjaciółki, ani słowa siostry przekonały mnie, ale bycie razem z dziećmi niepełnosprawnymi na Mszy św. Ich szczera modlitwa, śpiew przez który otwiera się serce Boga. To właśnie dało mi odpowiedź na jaką drogę Bóg mnie zaprasza.
Niedługo potem pojechałam do Domu Generalnego, aby poprosić o przyjęcie do Zgromadzenia. Bogu dzięki jestem już ponad osiemnaście lat. Posługuję w rodzince wśród piętnastu dziewcząt głęboko i znacznie upośledzonych. Nieustannie towarzyszy mi myśl z dnia ślubów wieczystych: Za wszystko co było – dziękuję. Na wszystko co będzie – Tak.
s. Kazimiera OSBSam

 

 

Jestem przekonana, że fakt mojego powołania, to nie jest żadna moja zasługa. Wierzę, że to sam Jezus Chrystus zapragnął, bym Mu służyła. Po raz pierwszy usłyszałam Jego głos w wieku 27 lat. Jego natarczywy głos docierał do mnie, choć tak bardzo starałam się go wyciszyć i zagłuszyć. Im bardziej go wypierałam tym mocniej czułam, ze czegoś brakuje w moim poukładanym życiu. Skończyłam studia, pracowałam w miejscu, które lubiłam, realizowałam się zawodowo, miałam grono przyjaciół z którymi spędzałam wolny czas. Wewnętrznie czułam jednak jakiś niedosyt, brak, zaniepokojenie. Podzieliłam się tymi rozterkami z pewnym księdzem, który doradził, abym pojechała do jakichś sióstr na rekolekcje, bym zobaczyła, jak wygląda ich życie, przemodliła się i przemyślała. Obawiałam się, że ze względu na mój wiek nie będę pasowała do grona dziewcząt, które przyjeżdżają na takie. Jednak okazało się, że są też rekolekcje dla dorosłych, pracujących już kobiet. Wybrałam się… Tu w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu, w sposób wyjątkowy usłyszałam Słowo z księgi Izajasza: „Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu, tyś moim” (Iz 43,1). To Słowo prowadzi mnie i pozostaje światłem do dziś.
Wróciłam z rekolekcji, myślałam długo, modliłam się o światło Ducha Świętego, aby wskazał mi drogę. I pokazał! Natrafiłam w Internecie na zaproszenie na rekolekcje powołaniowe do Sióstr Benedyktynek Samarytanek w Niegowie. Kiedy po raz pierwszy przekroczyłam furtkę, która przez ogród prowadzi do klasztoru pomyślałam, że mogłabym tu zamieszkać… Parokrotnie jeszcze uczestniczyłam w rekolekcjach i dniach skupienia. Czułam, jak Pan mnie umacnia w decyzji i uzdalnia do tego, bym podjęła wezwanie do służby Bogu w drugim człowieku.
Obecnie jestem juniorystką. W sierpniu 2017 r. złożyłam pierwsze śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa Panu Jezusowi. On jest moją Jedyną Miłością.
Bóg jest Miłością! To jest najważniejsze i nic innego się nie liczy. Tak wierzę i chcę wszystko poświęcić dla Tej Miłości.
Bogu niech będą dzięki!
s. Serwia OSBSam

 

 

Nazywam się s. Margarita, pochodzę z małej miejscowości na Podlasiu w parafii Sokoły (diecezja łomżyńska). Do Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Samarytanek wstąpiłam w 2007 roku.
Kiedy kończyłam liceum ogólnokształcące, wszystko było zupełnie normalnie. Chciałam mieć męża i dzieci. Może bardziej dzieci niż męża… Przeczytałam mnóstwo książek na temat naturalnych metod planowania rodziny itd. Potem poszłam na studia. By edukacja religijna nie skończyła się na etapie zdania matury i uzyskaniu dyplomu
o ukończeniu kursu przedmałżeńskiego, postanowiłam poszukać sobie duszpasterstwa dla studentów. Coś tam znalazłam w Internecie, ale Pan Bóg znalazł mi wspólnotę studencką na miejscu – tam gdzie dostałam miejsce w akademiku. Stare Jelonki w Warszawie. Modrzewiowe domy na Bemowie, w których kiedyś mieszkali budowniczowie Pałacu Kultury… Do kościoła miałam 70 m (parafia św. Łukasza Ewangelisty). Był ksiądz duszpasterz, studentki, studenci. Była modlitwa, zabawa, spotkania z ludźmi, stała formacja i stały spowiednik od 21 stycznia 2003 roku. Formacja była na serio – stały udział w życiu sakramentalnym, cotygodniowe spotkania ze Słowem Bożym we wspólnocie, spowiedź co dwa – trzy tygodnie, zgłębianie papieskich encyklik w gronie akademickim. Codzienne czytanie Słowa Bożego, wyjazdy na rekolekcje, nocne Polaków rozmowy, spacery po osiedlu, gdzie się wspólnie dzieliło problemy, gdzie czasem płynęły łzy bólu, albo wzruszenia. Bo rozmowy były o naszym własnym życiu, o tym cośmy wynieśli z rodzinnych domów, czasem zwierzenia z rzeczy najtrudniejszych, ale oparte na zaufaniu i wierze w Jezusa.
Do tego studiowałam historię w dużym naciskiem na historię Kościoła. Miałam dużo sympatycznych kolegów, często poszukujących wiary. Nie nawracaliśmy się nawzajem, ale nie jeden raz usłyszałam od niejednego z nich, że co prawda nie myśli podobnie, ale bardzo mnie szanuje za sposób, w jaki żyję, za pewna wierność wartościom. Myślę, że to wzajemne rozpoznawania się „na roku”, gdzie było nas 40 osób, było bardzo ważne. To się niechcący stało takie laboratorium wiary. Rozmawialiśmy o różnych sprawach – nie tylko o tym, co jest, co było w Kościele herezją, jak się kształtowało wyznanie wiary itd.
Miałam przekonanie, że jestem Kimś, dlatego, że Bóg mnie kocha, a pewne moje wątpliwości, czy będę umiała kochać w przyszłości Boga i ludzi, znalazły pozytywną odpowiedź w sakramencie pojednania. Bycie we wspólnocie duszpasterstwa nauczyło mnie, że wspólnota chroni przed wieloma grzechami, pomaga powstać, daje poczucie przynależności, daje możliwość rozwoju w miłości, ponieważ wymaga pewnych poświęceń i autentycznego zaangażowania. Oczywiście wiele z tych rzeczy zależy od tego, na ile dam siebie innym w sposób dojrzały.
O życiu zakonnym zaczęłam myśleć poważniej na pierwszym, drugim roku studiów. Byłam gotowa je rzucić i wstąpić do zakonu, ale dałam słowo rodzicom, że najpierw skończę szkołę. Potem chciałam zdecydować już sama.

Wstępując do zgromadzenia miałam 24 lata, skończone studia historyczne, grono przyjaciół, rozwijające się zainteresowania naukowe. Należałam do wspólnoty duszpasterstwa akademickiego, szefowałam kołu naukowemu na uczelni, jako wolontariuszka posługiwałam u chorych – łącznie z braniem nocnych dyżurów u kobiety samotnej, chorej na stwardnienie rozsiane (SM). Z drugiej strony od połowy studiów wiedziałam, że chcę wstąpić do zgromadzenia, które jak kontemplacyjno – apostolskie, podejmuje posługę głównie z osobami zepchniętymi na margines życia społecznego. To oznaczało możliwość utraty dotychczasowej linii życia – pewien przewrót. Zdecydowałam się i do dziś nie żałuję. Nie przestałam mieć przyjaciół.

Dlaczego wybrałam to właśnie zgromadzenie?

Znałam wiele zgromadzeń w teorii (zdałam egzamin m.in. z Leksykonu zgromadzeń zakonnych w Polsce Bogumiła Łozińskiego) i kilka z osobistego kontaktu. Ale kiedyś szukałam sobie miejsca na rekolekcje i nigdzie tam, gdzie chciałam pojechać „akurat” nie było miejsc, nie było „akurat” możliwości, itp. W rozmowie ze spowiednikiem rzuciłam: „A może samarytanki” – nie znałam sióstr, ale znał je ksiądz. Powiedział mi trzy rzeczy: że te siostry dużo się modlą, że dużo pracują i są przy tym uśmiechnięte; że taka posługa przy osobach z niepełnosprawnością intelektualną, jaką spotkam u sióstr samarytanek, wymaga wewnętrznego przemielenia. To było trochę trudne (to myślenie o pójściu na przemiał), ale zdecydowałam się pojechać. Pojechałam i jak weszłam tu pierwszy raz – wiedziałam, że to mój dom, PAN JEZUS w MONSTRANCJI PATRZYŁ NA MNIE, A JA NA NIEGO… Myślałam, że tu się moje ręce mogą przydać, może się przydać mój zapał. Przez 1,5 roku do końca studiów przyjeżdżałam do Niegowa, by razem z Siostrami żyć i pracować, bodaj parę dni czy parę godzin – raz na miesiąc, raz na dwa miesiące. Uchwyciły mnie za serce konkretne gesty siostrzanej gościnności, zaangażowania. I ja zechciałam taka być. Niczego więcej już nie szukałam.